W poniedziałek wieczorem byliśmy na ostatnim pożegnalnym ognisku. Zebrali się świetni ludzie, grali na gitarach i śpiewali piosenki turystyczne, SDM i wszystko, co nam przyszło do głowy. Jeden z facetów, 30 letni, miał wyjątkowo piękny głos i znakomicie śpiewał piosenki Kaczmarskiego. Ogień strzelał wysoko.
Dziś od rana pakowanie, zwijanie namiotu i szykowanie się do drogi. Trochę się tego obawiałam. Nie byłam pewna, czy zabierzemy się z rowerami i przyczepką do pociągu we Władysławowie. Pani w kasie też miała wątpliwości, ale wszystko poszło dobrze. Wcześniej podróż na rowerach z Błot Karwieńskich do Władysławowa, polnymi drogami i przez las, żeby ominąć szosę, ruchliwą i zatłoczoną. A potem Słonecznym z Gdyni do Wawy. Pociąg prawie pusty, klimatyzacja i miła obsługa. Do pełni szczęścia brakuje tylko wi-fi. Cóż, nie można mieć wszystkiego! Warszawa powitała nas chłodem i mokrymi ulicami. Wreszcie w domu. Dzieci pomyte śpią, ja rozkoszuję się nocną ciszą i własną figurą! Schudłam! Trzeba iść za ciosem i wrócić do zdrowego żywienia.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz